PUBLICYSTYKA

Nowości

Rozmowa redakcji „Głosu dla Życia” z Bogną Białecką – psychologiem, żoną, mamą czwórki dzieci.

Gdzie leży przyczyna, dla której małżonkowie nie chcą mieć więcej dzieci?
To skomplikowane. Cała współczesna kultura jest dzieciofobiczna. Dziecko ukazywane jest jako towar luksusowy. Owszem, jest akceptowane, jednak wyłącznie jako jeden z elementów służących samorealizacji kobiety. Setki artykułów podkreślają zalety macierzyństwa – np. że można się poczuć w pełni kobietą. Warto jednak zobaczyć, jaki model macierzyństwa jest lansowany w mediach – energiczna, elegancka kobieta, która potrafi pogodzić pracę zawodową, liczne hobby z macierzyństwem. Wybacza się kobietom nawet wielodzietność, jeżeli jednocześnie potrafią realizować się zawodowo lub jeśli wyglądają przy tym jak modelki.
Kultura to jednak nie wszystko. Od kilkudziesięciu lat mentalność naszą przenika przymus „planowanego rodzicielstwa”, w którym dziecko akceptowane jest pod warunkiem, że jego poczęcie zostało starannie zaplanowane po rozważeniu wszystkich za i przeciw. Jest to w dużej mierze skutek przesunięcia ukazywania sensu zbliżenia seksualnego z jego funkcji prokreacyjnej na rekreacyjną, choć najczęściej przedstawia się to jako funkcję budowania więzi w parze. Taki sposób myślenia o seksie przenika nawet do środowisk kościelnych. Np. w bardzo wielu przypadkach podczas nauk przedmałżeńskich można usłyszeć o seksie jako sposobie rozwijania więzi między małżonkami, bardzo wiele o skuteczności NPR w sensie antykoncepcyjnym (nacisk położony na wskaźnik Pearla), mało (lub wcale) o tym, że wielodzietność jest podstawowym powołaniem katolickiego małżeństwa, co wynika np. z encykliki Humanae vitae.
Oczywiście antyrodzinna polityka państwa polskiego ma spory udział w generowaniu lęku przed kolejnym dzieckiem. W sytuacji, gdy urodzenie czwartego jest niemal gwarantem przekroczenia granicy ubóstwa, wcale nie dziwię się ludziom, że boją się kolejnych dzieci. Inne elementy psychologiczne to np. doświadczenie rozwodu rodziców, aborcji w rodzinie, własne problemy psychologiczne, wroga wobec wielodzietności postawa najbliższej rodziny – rodziców, teściów itp.

Wciąż najbardziej popularny model to 2+2?
Może zacytuję kolegę z forum wielodzietni.org:
„Po co ci trzecie dziecko? Żeby nie musieć kupować drugiej plazmy i czwartego samochodu... Porypało ich wszystkich. Ale czego się spodziewać po czasach w których przepisowa rodzina to 1+1+1+pies wielkości chomika+większy od niego chomik i może jeszcze rybki.”  – Befer.
Zgadzam się z tą intuicyjną diagnozą. Modelem rodziny zdobywającym coraz większą popularność wydaje się obecnie związek „partnerstwa” dwóch osób, które żyją ze sobą trochę na zasadzie współlokatorów. Z partnersko wyliczoną partycypacją w domowym budżecie, osobnymi zainteresowaniami itp. Pojawia się starannie zaplanowane dziecko, ewentualnie parka (o ile rodzice potrafią dostrzec i przyjąć naturalne pragnienie rodzeństwa u swego jedynaka) i na tym koniec. Bo nie da się ukryć, że przy czwórce czy większej liczbie dzieci nie da się już prowadzić tak wygodnego życia, jak z dwójką.

Co musiałoby się zmienić, by odmienić ten trend?
Szczerze – nie mam pojęcia. Mnie osobiście do wielodzietności przekonało doświadczenie spotkania z rodzinami wielodzietnymi. Zaobserwowanie, jak piękne mogą być relacje między rodzeństwem w dużych rodzinach. Zobaczenie, jak wielką miłością obdarzają się rodzice. Żałuję jednak, że kilka lat małżeństwa zmarnowałam na rozwijanie swej kariery zawodowej. Dopiero dziś spostrzegam, że we fragmencie Humanae vitae: „Jeżeli zaś z kolei uwzględnimy warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne, należy uznać, że ci małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością, decydują się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, albo też, dla ważnych przyczyn i przy poszanowaniu nakazów moralnych, postanawiają okresowo lub nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia dalszego dziecka.” Podkreśla się z reguły aspekt unikania poczęcia, mimo że przyjęcie liczniejszego potomstwa jest w tej encyklice podkreślane jako najbardziej wartościowy wybór. Chciałabym, by właśnie o wielodzietności jako podstawowym modelu rodziny katolickiej mówiono w duszpasterstwach, na kursach przedmałżeńskich, w katolickiej prasie.

Wpływ na liczbę dzieci mają też członkowie najbliższej rodziny…
Często dziwią się, gdy mażonkowie decydują się na trzecie dziecko. A przecież to od ich postawy (np. teściów) zależy, czy dadzą wsparcie swoim dzieciom, by te były bardziej otwarte na życie.
Doświadczenie bardzo wielu rodzin wielodzietnych to niechęć najbliższej rodziny do decyzji o licznych dzieciach i wycofanie swej pomocy. Wspominał o tym np. Jacek Pulikowski, mówiąc o dużej otwartości narzeczonych na dzieci, która to otwartość kończyła się wskutek wrogości teściów, rodziców. Okazuje się, że dziadkowie ciesząc się z kolejnych wnuków i udzielając szczerej pomocy mogą najlepiej mogą zachęcić do wielodzietności.

Wywiad ukazał się w "Głosie dla życia" 2010