PORADY WYCHOWAWCZE

Nowości

Czy współczesne dzieci mają większe szanse na odniesienie sukcesu życiowego niż pokolenie ludzi urodzonych czterdzieści i więcej lat temu? Na ile przemiany ustrojowe, podniesienie stopy życia i nowoczesne metody wychowawczo-opiekuńcze zapewniają dzieciom lepszy start w życiu?

Paweł skończył studia rok temu. Najlepsze, zagraniczne. Płynnie włada dwoma językami, ma uprawnienia zawodowe w wysoce specjalistycznej dziedzinie. Mieszka u rodziców. Nie pracuje. Już gdy był dzieckiem uczył się języków, chodził na rozwijające zajęcia dodatkowe, uczył się w najlepszych prywatnych szkołach u doskonałych nauczycieli. Teraz siedzi w domu, godzinami przegląda internet, filmy, owszem czasem spojrzy na propozycje pracy, ale i tak nie ma nic, co by odpowiadało jego kwalifikacjom: „Mamo, no na budowę się nie najmę, trzeba mnie było do zawodówki wysłać, nie na studia”.

To nie jest bynajmniej odosobniony przypadek. Badania pokazują, że 42% młodych dorosłych Polaków mieszka z rodzicami. Z własnej woli, dlatego, że im tak wygodniej. Oczywiście sytuacja ta ma wiele przyczyn, jednak warto uzmysłowić sobie jedną z mniej oczywistych. Współczesny świat stwarza człowiekowi doskonałe warunki rozwoju. Każda istotna potrzeba rozwijającego się człowieka jest możliwa do szybkiego zaspokojenia, a system edukacyjny coraz bardziej łagodny w stosunku do uczniów. Czy taki stan rzeczy jest korzystny?

Raj na ziemi

Warto przypomnieć eksperyment z lat 60 ubiegłego wieku. John Calhoun stworzył w 1968 roku mysi raj. Naukowiec zbudował zamknięte terytorium, do którego wpuścił stado myszy. Zwierzęta miały tam zapewnione idealne warunki – odpowiednią ilość smakowitego pożywienia, atrakcyjne otoczenie, ochronę przed drapieżnikami, opiekę weterynarzy, którzy czuwali nad ich zdrowiem eliminując błyskawicznie wszelkie choroby zakaźne. Początkowo populacja myszy rozrastała się intensywnie, jednak już pod koniec pierwszego roku pojawiły się niepokojące sygnały. Ponieważ nie było potrzeby walki o terytorium, samce zaprzestały obrony granic. Za to ich podstawowym zajęciem stało się jedzenie, odżywianie, spanie i dbanie o swoje futerko, z jednoczesną utratą zainteresowania samicami. Owszem, zdarzały się bójki między samcami, które przeszły z czasem w zachowania homoseksualne, mające jednak niekoniecznie na celu uzyskanie satysfakcji seksualnej, co będące narzędziem zdobywania dominacji nad innymi samcami. Na końcu eksperymentu nieliczne samce pochłonięte były wyłącznie wylegiwaniem się, jedzeniem i spaniem. Z kolei wiele młodych samic przejęło rolę „obrończyń gniazda”. Stały się agresywne, przy czym agresja ta zaczęła obracać się głównie przeciw młodym. Samice zagryzały swe młode, lub wypychały je z gniazda. Pojawiło się coraz więcej samic bezpłodnych i niezainteresowanych rozmnażaniem. Po półtora roku niemal wszystkie młode były odrzucane przez matki, a rolę opiekunów, dostarczycieli pokarmu przejmowali eksperymentatorzy. Wzrost populacji zakończył się w 540 dniu eksperymentu, a w 1588 dniu zdechła ostatnia z myszy.

Za dobrze znaczy źle

Oczywiście eksperyment opisuje myszy, nie ludzi, trudno jednak nie dostrzegać pewnych analogii. Z jednej strony młode pokolenie otaczane jest ogromną opieką rodziców, zapewniane są im doskonałe warunki rozwojowe, z drugiej strony - emanują apatią, życiem bez określonego celu. Nie potrafię też zliczyć ile razy słyszałam: „Dzieci to jednak pociecha, prawda? Nie mogę doczekać się wnuków, ale moi synowie mają po trzydziestce na karku i nic, nawet ślub się nie szykuje, co dopiero dzieci...” Sytuacja stwarzania jak najlepszych warunków rozwojowych, eliminowania stresu, wyzwań, nieprzyjemności skutkuje paradoksalnie utratą inicjatywy i apatią młodych. Ciekawy jest fakt, że systematycznie wzrasta liczba dzieci, nastolatków i młodych dorosłych przeżywających stany depresyjne. Inne zjawisko charakterystyczne dla naszej cywilizacji to zwiększona popularność idei feministycznych, zwłaszcza jeśli chodzi o dostępność antykoncepcji i aborcji, czemu towarzyszy coraz liczniejsza grupa młodych mężczyzn samotnych z wyboru. Są to ludzie, którzy odpuszczają sobie jakikolwiek flirt czy zaloty a życie dzielą miedzy pracę i świat wirtualny (czasem też kształtujący sylwetkę sport). Trudno nie widzieć w tym niepokojących analogii do mysiego raju.

Zmiany w wychowaniu

Czytałam niedawno artykuł, w którym autor opisywał zmianę jakościową wolnego czasu spędzanego przez dzieci. Zamiast gry w piłkę na podwórku, koziołków na trzepaku i gonita, co było codziennym doświadczeniem mojego pokolenia, otrzymują starannie zaplanowane zajęcia dodatkowe, naukę gry w piłkę nożną z profesjonalnym trenerem i balet. Dzieci przyjeżdżają na obozy harcerskie z litrami płynów do kąpieli, kremów przeciwsłonecznych, aerozoli przeciwkomarowych. Chyba największe (negatywne) wrażenie zrobił na mnie opis "świecznicy" czyli spotkania przy sztucznym kominku, gdzie nagranie płonącego ognia odtwarzano na tabletach zamiast prawdziwego ogniska (bo dzieci się mogą poparzyć, bo mogłaby wyskoczyć z ogniska iskra a to niebezpieczne). Eliminujemy z życia dzieci wyzwania i nawet niewielkie zagrożenia, tak że panikują na widok osy i nie potrafią zrobić siusiu w lesie bez toy-toya. Dziwimy się potem, że nie dają sobie rady w realiach dorosłego życia. Dziwimy się ludziom odwlekającym rodzicielstwo, których paraliżuje wizja niemowlaka, któremu trzeba zmienić pieluchę po "numerze dwa".

Z drugiej strony - nadopiekuńczość rodziców jest zrozumiała w sytuacji, gdy jest możliwe odebranie dzieci wobec których istnieje podejrzenie o bycie ofiarą przemocy. Przemoc ta jest definiowana dość szeroko. W słynnej sprawie państwa Bajkowskich sprzed kilku lat (odebrani synowie zostali na szczęście ostatecznie oddani rodzicom) jednym z zarzutów było postawienie ich w sytuacji przekraczających możliwości rozwojowe. Konkretnie, zarzut dotyczył tego, że synów w wieku szkolnym wsadzili do pociągu, którym chłopcy jechali samotnie przez kilka godzin i zostali na dworcu docelowym odebrani przez rodzinę. W innej sprawie ojciec został oskarżony o zaniedbanie gdy zabrał sześcioletniego syna na dziki biwak w lesie. Słysząc takie historie rodzice zaczynają dmuchać na zimne.

Drogi wyjścia ze ślepego zaułka

Rozwiązaniem sytuacji jest szukanie możliwości stawiania dzieci w sytuacji braku komfortu, wyzwania, ale w bezpiecznym zakresie. Dziecko nie umrze jeśli przez dwa tygodnie będzie się myć w zimnej wodzie, albo gdy będzie na obozie korzystać z drewnianego wychodka zamiast toy-toya. Konieczność samodzielnego rozbijania i składania namiotu, gotowania posiłków, rozpalania ogniska - to wszystko nie tylko hartuje ciało, lecz i ducha. Z opisów ofert wakacyjnych wynika, że to co kiedyś było normą na obozach harcerskich, dziś jest dostępne w ofertach pod nazwą "survival", z kolei obozy ewoluowały w kierunku niegdysiejszych "kolonii".

Jeśli to możliwe, pozwalajmy dzieciom na zabawy też poza starannie zaplanowanymi placami, nie panikujmy gdy wejdą w błoto. Warto mieć przygotowane specjalne ubrania na takie okazje, na przykład kupowane w sklepach z używaną tanią odzieżą, których nie żal gdy ulegną zniszczeniu. Warto proponować dzieciom wspólne rodzinne wyprawy - piesze, po lesie, rowerowe, kajakowe itp. Korzystajmy z ładnej pogody w weekendy by zrobić wspólny wypad za miasto. Przygotowujmy też dzieci na "mniej estetyczne" sytuacje życiowe - by nie omdlewały na przykład na widok zatkanego zlewu ("ble, jakie to obrzydliwe"). Nie oznacza to, że mają myć pupę młodszemu rodzeństwu, ale np. wyszorować muszlę klozetową po sobie.

Uczmy dzieci gotować, sprzątać. Nawet jeśli ktoś wychodzi z założenia, że jego doskonale wykształcone dziecko będzie miało w przyszłości "panie od gotowania i sprzątania" a samo będzie zarabiać miliony w prestiżowym zawodzie. Wychowując dzieci wyłącznie "do wyższych celów" sprawiamy, że stają się kalekie w sytuacji gdy "wyższe cele" okazują się poza zasięgiem, a z czegoś trzeba żyć.

artykuł opublikowany w "Przewodnik Katolicki" 2015