PORADY WYCHOWAWCZE

Nowości

Nie boisz się, że twoje dzieci nie będą się potrafiły odnaleźć w społeczeństwie? Skąd ty znajdujesz na to czas, przecież to normalnie heroizm? Nie brakuje ci przypadkiem kompetencji, żeby uczyć swoje dziecko? Co z socjalizacją?

To pytania, które na co dzień słyszą osoby, które zdecydowały się edukować domowo swoje dzieci.   Wydaje się to nam kuriozum, a badania pokazują, że nauczaniem domowym objęty jest niewielki procent polskich dzieci (choć liczba rodziców decydujących się na ten krok systematycznie wzrasta).  Pierwsza z obaw dotyczy kwestii kompetencji. Czy rodzice potrafią odpowiednio przekazać informacje, zmotywować swoje dzieci do nauki? W końcu nauczyciele są do tego przygotowywani w ramach studiów, skąd więc zaufanie, że rodzic będzie to potrafił zrobić?

Dzieci uczone domowo potrafią więcej
National Home Education Research Institute – Amerykański instytut badań nad edukacją domową sprawdza jakość nauczania domowego. Z badań tych wynika, że dzieci uczone w domu nie tylko uzyskują zdecydowanie wyższe niż przeciętnie wyniki na egzaminach SAT (coś pośredniego między egzaminem gimnazjalnym a maturą), lecz także na egzaminach wstępnych na studia. Dzieje się tak niezależnie od wykształcenia, zawodu oraz statusu materialnego rodziców. Oczywiście nie można bezpośrednio porównywać systemu amerykańskiego z polskim, jednak doświadczenie polskich rodziców uczących domowo pokazuje, że każdy rodzic jest w stanie przekazać wiadomości z zakresu szkoły podstawowej. Na poziomie klas początkowych przerobienie obowiązkowego materiału możliwe jest w czasie pracy obejmującej dwie godziny dziennie, cztery dni w tygodniu. Jest to logiczne, gdy weźmiemy pod uwagę, jak wiele czasu lekcji zajmują sprawy organizacyjne. W chwili, gdy dziecko nie musi czekać na inne z zdaniami, z którymi radzi sobie szybciej, a w przypadku zadań trudniejszych może od razu uzyskać potrzebną pomoc, staje się to zrozumiałe. Dodatkowo – część ćwiczeń utrwalających nabyte umiejętności dziecko może przerobić samodzielnie.
Rodzice uczący domowo mówią, że w gruncie rzeczy więcej czasu zajmuje im zapewnianie dziecku nauki wykraczającej poza podstawę programową – eksperymenty, wycieczki edukacyjne itp. Dodatkowo istnieją szkoły specjalizujące się w nauczaniu domowym, które zapewniają rodzinom wysokiej jakości pomoce naukowe i platformy edukacyjne. Rodzic uczący dzieci w domu nigdy nie zostaje rzucony na głęboką wodę, a może liczyć na wsparcie. W rezultacie dzieci uczące się domowo mają większy zapał do nauki a także więcej czasu i możliwości poszerzania wiedzy poza zakres podstawowy. Osobiście znam chłopca, który zobaczywszy podręcznik historii stwierdził, że po pierwsze większość faktów już zna, po drugie nie podoba mu się ideologiczne ujęcie pewnych tematów. Przedstawił ojcu własną propozycję lektur, deklarując gotowość wyuczenia się zawartości podręcznika na egzamin. Oczywiście egzamin zdał.
Jeśli chodzi o oceny występuje jednak jedna wymierna korzyść z chodzenia do szkoły. W szkole dziecko oceniane jest za pracę w czasie całego roku szkolnego, w przypadku edukacji domowej egzamin może nie odzwierciedlać rzeczywistej wiedzy np. dziecko może mieć akurat gorszy dzień, lub mogą wystąpić problemy komunikacyjne przy ustalaniu zakresu egzaminu.

Nauka domowa to nie szklarnia
Podstawowym zarzutem co do edukacji domowej jest „brak socjalizacji”. Socjalizacja rozumiana  jest jako nauka współżycia w grupie z rówieśnikami. Jest to jednak wąski sposób ujmowania tematu. Socjalizacja to przecież też przekazywanie norm, wartości i zasad obowiązujących w danym społeczeństwie. W tym zakresie rodzice są najlepszymi nauczycielami. Nauka radzenia sobie w grupie rówieśniczej zresztą też nie omija dzieci uczonych domowo. Z reguły uczestniczą one w różnych zajęciach dodatkowych – sportowych, kółkach zainteresowań, czy harcerstwie, gdzie mają styczność z rówieśnikami. Kolejne okazje nabywania umiejętności społecznych to zajęcia, na które dzieci uczęszczają nie tyle na zasadzie doboru wiekowego, co rzeczywistego stadium rozwoju, zainteresowań, temperamentu, zdolności skupiania uwagi itp. Występuje wtedy podobne zjawisko jak w rodzinie wielodzietnej, gdzie młodsze dzieci uczą się różnych umiejętności naśladując dzieci starsze, co przynosi im większą satysfakcję i jest w gruncie rzeczy efektywniejsze niż wypełnianie poleceń dorosłych. W warunkach typowej szkoły „socjalizacja” zbyt często polega na uczeniu się jak nie stać się ofiarami dzieciaków, czerpiących satysfakcję ze znęcania się nad innymi. Moje własne wspomnienia ze szkoły podstawowej obejmują przede wszystkim ten rodzaj „socjalizacji”. Teoretycznie można w szkole nawiązać przyjaźń, jednak często są to przyjaźnie powierzchowne, które nie utrzymują się po ukończeniu szkoły. Dzieje się tak dlatego, że prawdziwa przyjaźń jest z reguły oparta o wspólne zainteresowania, wartości itp. Wystarczy, że popatrzymy na naszych przyjaciół – ilu z nich jest dokładnie w naszym wieku? Ile z tych przyjaźni zostało zawartych w ławce szkolnej?

Czy naprawdę szkoła socjalizuje?
Gdy wspominamy własne dzieciństwo, możemy mieć dobre wspomnienia z gier i zabaw uprawianych na przerwach. I tu czeka nas rozczarowanie. W wielu szkołach współczesnych (mimo najczęściej występującego formalnie zakazu korzystania z telefonów komórkowych w czasie przerw) dzieci dużo czasu spędzają raczej na zabawie komórkami niż na rzeczywistej interakcji. Co gorsza, coraz częściej zdarza się przynoszenie przez dzieci na smartfonach pornografii. To nie są już pojedyncze wypadki. Zauważyłam, że częstą reakcją rodziców jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nie ma problemu. Jest to pośrednio skutkiem lawinowego wzrostu liczby osób dorosłych uzależnionych od pornografii, czyli dostępności materiałów pornograficznych w domu. Czasem jest to wynik poczucia bezradności rodziców, którzy nie wiedzą co mogą (na poziomie technicznym) zrobić by zabezpieczyć telefon dziecka przed takimi treściami. Z kolei szkoły próbujące wprowadzać zasadę zdawania telefonów przez uczniów do depozytu przed rozpoczęciem lekcji i odbieraniem ich po lekcjach napotykają na opór rodziców. Ten akurat element „socjalizacji” wydaje się współcześnie trudny do uniknięcia i jest kolejnym argumentem za nauczaniem domowym.

Kwestia motywacji
Element, nad którym warto się zastanowić to kwestia przyczyn, dla których decydujemy się na nauczanie domowe. Potrzebne jest szczere rozważenie motywów kierujących nami przy wyborze takiego rozwiązania.  Czy nie mamy przypadkiem obaw, że nasze dziecko zostałoby zniszczone w szkole? Motywem naszym nie powinien być lęk. Tak samo  nie powinno nim być pragnienie zaspokojenia własnych potrzeb, a przykład pragnienia bliskości, nadania sensu swojemu życiu itp. Na szczęście takie podejście bynajmniej nie dominuje w nauczaniu domowym. Badania z roku 2005 pokazują, że najczęstszymi motywami rodziców jest troska o postawę dziecka i wyznawany przez niego system wartości, zapewnienie dziecku optymalnego rozwoju umysłowego, chęć dostosowania programu i metod nauczania do indywidualnych możliwości dziecka oraz realna ocena zagrożeń środowiskowych. Chociaż wiele osób boi się podjęcia takiego wyzwania, z czasem okazuje się to łatwiejsze organizacyjnie, niż się wcześniej wydawało. Przede wszystkim dlatego, że taka nauka nie jest przeniesieniem sposobu uczenia szkolnego w warunki domowe, lecz generalnie innym rodzajem nauki. Dziecko ma większą swobodę eksploracji, poszerzania wiedzy, zadawania pytań, dzięki czemu wiele tematów zaledwie „liźniętych” w nauce szkolnej zostaje przez dzieci pogłębione. Jedyną autentyczną wadą edukacji domowej jaką widzę, jest konieczność by przynajmniej jedno z rodziców nie było pełnoetatowym pracownikiem. Nauczania domowego nie da się zrobić jako dodatku do etatu.  A efekty widać nie tylko na płaszczyźnie wiedzy i ocen. Dorosłe dzieci uczone w domu zadziwiająco dobrze radzą sobie w sytuacjach społecznych, odnajdują w świecie dorosłych wymagań pracy zawodowej. Opisuje to jedna z osób, których wypowiedzi zostały zamieszczone w książce Lisy Rivero „The Homeschooling option”:

„Myślę, że edukacja domowa jest powodem, dla którego dogaduję się tak łatwo z  ludźmi z różnych środowisk. Jako dziecko potrafiłem nawiązać rozmowę zarówno z ludźmi znaczenie ode mnie młodszymi, jak i starszymi. Ponieważ spotykałem się z nimi codziennie, częściej niż rówieśnicy uczący się w szkole, nie byłem ograniczony w moich przyjaźniach do własnej klasy.” - Tim

Artykuł ukazał się w "przewodniku Katolickim"